Karuzela śmiechu wyciska łzy

Pod koniec dnia roboczego zawsze odczuwam coś na kształt dumy z siebie. Przetrwałam kolejny dzień, nie dałam się, zwyciężyłam. Nie załamałam się, nie rzuciłam wszystkiego chowając się w kąt i już nie wracając. Dałam radę, wytrzymałam.

W tej pracy 2 razy byłam już naprawdę bliska załamania, tak o krok. Ale jak na tak nieprzyjazną atmosferę i na taką presję czasu oraz wielość obowiązków uważam, że to wcale nie jest zły wynik. Wręcz bardzo dobry.

Karuzela śmiechu wyciska łzy

Pamiętam swoją pierwszą pracę. Byłam młoda, zdziczała, dziecinna, jeszcze bardziej niedostosowana do środowiska niż teraz, zbyt emocjonalnie podchodziłam do wszystkiego. I naiwna też byłam. Dobrze, że wtedy nie trafiłam na takich ludzi, jak teraz, bo byłoby niewesoło.

Pamiętam swoją pierwszą pracę po długim okresie bezrobocia. Byłam niepewna siebie, bałam się kontaktu z ludźmi i to w obcym mieście, byłam niestabilna emocjonalnie i totalnie wystraszona. Po depresji i przejściach niełatwych emocjonalnie. Wszystko było dla mnie totalną nowością. Dobrze, że wtedy nie trafiłam na takich ludzi, jak teraz, bo byłoby tragicznie.

I w związku z tym zastanawiam się: co jest nie tak z tymi ludźmi u mnie w pracy? Mają ubaw, gdy ktoś jest nowy i wystraszony. Śmieją się, gdy ktoś jest nowy i jeszcze sobie nie radzi. Boki zrywają, gdy ktoś np. pomyli słowo. Ktoś nowy pomyli nr telefonu czy adres mailowy i już śmiechom nie ma końca. Tak, jakby każdy musiał przychodzić do nas z gotową wiedzą na temat specyfiki pracy.

Ja po kilku miesiącach pracy nie wiedziałam jednej drobnej rzeczy - bo po prostu jak do tej pory nie było mi to do niczego potrzebne. No i niechcący rozpętałam taką karuzelę śmiechu, że sama byłam zdziwiona - mimo że wcześniej już byłam obiektem drwin, jak każda nowa osoba. Nawet czasami chciałabym, żeby śmieszyły mnie takie pierdoły: miałabym ubaw od rana do wieczora i pewnie nie wiedziałabym właściwie dlaczego. No bo tak naprawdę co w tym śmiesznego, że ktoś nowy czegoś nie wie? To taki, powiedziałabym, brak empatii i dodatkowo ekscytowanie się jakimiś duperelami.

Karuzela śmiechu wyciska łzy

Na początku myślałam, że chodzi o mnie. Ale jednak nie, bo ze wszystkich nowych mają ubaw i od początku krytykują, że ten tego nie zajarzył, a tamten tego nie zapamiętał. Ten sobie nie poradził wtedy, a tamten kiedy indziej. Siedzi zamiast spytać się, czy jest jeszcze coś do roboty, albo śmieje się bez sensu, no i wzrok ma dziwny jakiś. Każda nowa osoba u nas jest z gruntu zła i podejrzana - przyznam szczerze, że pierwszy raz spotykam się w pracy z czymś takim.

I były 2 takie momenty, że byłam już bliska, aby rzucić to wszystko w cholerę. Wstać, wziąć torebkę i wyjść. Ale pomyślałam sobie wtedy: w imię czego? I niby dokąd pójdę? Mam wrócić na bezrobocie przez jakieś głupie idiotki? Najlepiej odizolować się emocjonalnie i mieć je w dupie.

I tego się cały czas uczę: jak mieć w dupie głupich ludzi. Jak być na tyle pewną siebie, żeby nie dać się zdołować debilom, burakom i prymitywom. Wszędzie się trafi jakaś menda (akurat tu się jakoś niefortunnie złożyło, że nastąpiła ich kumulacja, duże stężenie w jednym miejscu) i po prostu trzeba zbudować w sobie odporność na takie mendy, poprawić swoją pewność siebie i samoocenę.

Kiedy we wpisie 'Emocjonalna presja' opisywałam atmosferę w swojej pracy, jedna z czytelniczek napisała, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, tyle że później się to odchorowuje. Cóż, ma rację. Widzę po sobie, jak jestem emocjonalnie wykończona po pracy.

Problem w tym, że moim celem jest zdobycie doświadczenia zawodowego w jednym miejscu, bo tego mi w CV bardzo brakuje. Poza ludźmi i niskimi zarobkami sama praca tutaj nie jest taka zła: zawsze coś się dzieje, ciągle robi się coś innego i na nudę z pewnością nie można narzekać. Za ewentualne nadgodziny płacą (co niestety nie jest normą w zakładach pracy...), na noce nie każą zostawać i ogólnie jakoś da się wytrzymać... jak na razie. A później się zobaczy.

Może za jakiś czas zacznę się rozglądać za czymś ciekawszym, może rotacje personalne wszystko zmienią i atmosfera się poprawi, może... wydarzy się sto innych rzeczy.

Grunt, że coś się dzieje, zdobywam doświadczenie i nie ma już takiej stagnacji jak na bezrobociu. A ludzie? Jak to ludzie: raz trafia się na takich, raz na innych.

1 komentarz:

  1. Każdy nowy musi się nauczyci nie ma bata, a może poszukaj i podpusić kogoś z załogi tak by ten ktoś mugł się osimieszyci? Pozdrawiam i wytrwałość w pracy.

    OdpowiedzUsuń