sobota, 7 lipca 2018

Gdzie jest moja Nowa Zelandia?

Niekiedy mam wrażenie, że istnieją ludzie, którzy żyją w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. W rzeczywistości 'kołczowej', w której każdy bez problemu znajduje pracę na swoją miarę i to jeszcze pracę, za którą bez problemu jest w stanie kupić kawalerkę czy opłacić wakacje. W rzeczywistości, w której za każdą pracę otrzymuje się godną płacę.

Gdzie jest moja Nowa Zelandia?


Haruję ciężko całymi dniami i jakimś trafem na wynajęcie kawalerki mnie nie stać. Ogólnie cieszę się, że w ogóle udało mi się znaleźć jakąkolwiek znośną umysłową pracę, bo tak naprawdę o pracę w biurze jest bardzo ciężko.Tak wygląda dzisiejszy świat.

Za tzw. 'komuny' w sklepach mało co było, ale z drugiej strony każdy miał pracę i ludzie mogli cieszyć się jakimś poczuciem stabilizacji, bezpieczeństwem socjalnym. Bezrobocie, urzędy pracy - a co to takiego? To było logiczne, że człowiek kończył szkołę i bez problemu znajdował pracę - nie było strachu na zasadzie 'co robić, aby znaleźć robotę'. Po prostu każdy od razu znajdował, a nieraz i 20 lat w jednym zakładzie przepracował. Dzisiaj to nie do pomyślenia. Dzisiaj to staż, zlecenie, na czas określony czy inne twory jak umowa o dzieło czy 'współpraca' z tobą jako jednostką gospodarczą. Istnieją nawet takie hybrydy jak 'umowa - zlecenie na czas nieokreślony' bez dodatku etatu. Czyli robisz tak, jakbyś był na etacie, ale nie masz prawa do urlopu. I w dodatku mogą, jeżeli zechcą, dowolnie modyfikować twoją pensję. Uznają, że się nie wywiązałeś, i już pojadą po pensji. Na zleceniu nie ma stawki minimalnej, więc mogą cię zatrudnić za grosze, a później jeszcze te grosze ci zabierać. Za PRL-u byłoby to nie do pomyślenia. Ludzie żyje stabilnie i bez wiecznego strachu o jutro.

Później wielkie zdziwienie dr Ireny Eris i jej podobnych. Cyt.

Nie widać w nim chęci przywiązania się do pracodawcy, jak to miało miejsce za moich czasów. Dzisiejsza młodzież jest inna.

To rzeczywiście wyjątkowo dziwne, że ludzie nie przywiązują się do pracodawcy, który stara się na nich oszczędzić, jak tylko się da, i w dodatku wiecznie od niego słyszą, że jak się nie podoba, to droga wolna, 'możesz poszukać innej pracy'. Jeżeli człowiek w pracy nie czuje się szanowany ani w jakimkolwiek stopniu ważny, to z jakiej racji ma się przywiązywać do takiego pracodawcy-wyzyskiwacza? Robi, co trzeba, i wraca do domu. Traktujesz pracownika jak śmiecia, to nie oczekuj przywiązywania się - chyba że trafisz na osobnika cierpiącego na syndrom sztokholmski.

Po co mamy chcieć przywiązywać się do pracodawcy, skoro pracodawca nie przywiązuje się do nas? Każdy kij ma dwa końce.

Ta wypowiedź to jeszcze nic, prawdziwy hicior pojawił się w sieci całkiem niedawno. Autorem jest niejaka Jolanta Czernicka - Siwecka.

Młodzi są roszczeniowi. Chcą pracować 8 godzin, a później mieć czas dla siebie.

Mogłoby się wydawać, że to wysoce wysublimowana ironia bądź też skecz z jakiegoś kabaretu. Jednak nic z tych rzeczy: ta pani powiedziała to całkowicie na serio.

Bezczelny młody człowiek chciałby mieć czas na odpoczynek po pracy, na sen, jedzenie i może jeszcze na jakieś swoje sprawy. A jego jedyną sprawą powinno być dobro pracodawcy - i tylko to powinno go interesować. Kto to słyszał, żeby po 8 godzinach harówy tak po prostu iść sobie do domu? O nie, pracą trzeba żyć, praca musi zastąpić sen, wypoczynek, rekreację, rehabilitację, wszystko. W końcu nie ma lepszej rozrywki niż bezpłatne nadgodziny. Ubaw po pachy!

Gdzie jest moja Nowa Zelandia?


No i na deser odkryty niedawno hicior made in Komitet Obrony Demokracji:

Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna „furka”, „klamoty” z butiku, nierzadko własna „kawalerka”, a w niej sprzęt audio-wizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nie obarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw „komunie” o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie.
To jeszcze nie koniec wypowiedzi, dalej jest równie ciekawie:

O Sölden czy Nowej Zelandii słyszało się tylko na lekcjach geografii, a na urlopy jeździło się do zakładowych „domów wypoczynkowych” w Karpaczu, Ustce czy „pod gruszą” w dwutygodniowych turnusach.

Panie, jakie Sölden? Ja nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Jaka Nowa Zelandia? Jaka własna kawalerka? Ja bym bardzo chciała pojechać na turnus do Ustki, ale niestety nie stać mnie na to. Nie stać mnie na żadne wczasy, bo zarabiam grosze. Panie, jaka znowu Nowa Zelandia? Ja by była bardzo ukontentowana, gdybym miała za co pojechać na wczasy pod gruszą czy do domu wypoczynkowego. A gdybym wynajęła własną kawalerkę, to już w ogóle bajka.

Poważnie ktoś uważa, że młodych ludzi w Polsce stać na wojaże po świecie? Poważnie ktoś uważa, że własne cztery kąty to dla młodego człowieka żaden problem?

Autor tej wypowiedzi żyje chyba w jakiejś alternatywnej rzeczywistości - nie wiem, może jego dzieci stać na takie luksusy, jakieś snowbordy i zagraniczne podróże. Ale w takim razie niech nie przenosi tego na ogół ludzi w Polsce, bo zwyczajnie się ośmiesza. Pokazuje, że kompletnie nie zna realiów życia w tym kraju. To wręcz przerażające, że tacy ludzie w ogóle istnieją.

Gdzie jest moja Nowa Zelandia?

Nigdy nie popierałam KOD-u, gdyż od początku wydawało mi się, iż ta organizacja walczy jedynie o własne interesy pod płaszczykiem 'demokracji'. Jakim niby zagrożeniem dla demokracji jest obniżenie emerytur SB-kom? To jest zadziwiające i niebywałe, że SB-cy do tej pory mieli aż tak wysokie świadczenia.

I te głupawe oświadczenia:

Za 2 tysiące złotych ja nie jestem w stanie wyżyć. - Jerzy Stańczyk
Za 2 tys. zł nie da się przeżyć. - Maria Kiszczak

To są po prostu kpiny, ci ludzie są całkowicie oderwani od rzeczywistości. Normalni ludzie pracują za minimalną i nikt się ich nie pyta, czy są w stanie wyżyć. Muszą wyżyć i już. Zwykli emeryci dostają co miesiąc 1,5 tys. albo i mniej i nikt się ich nie pyta, czy są w stanie wyżyć. Takie są realia w tym kraju. Mówiąc kolokwialnie: SB-kom w dupach się poprzewracało. Teraz walczą o WŁASNE interesy wmawiając społeczeństwu, że walczą o demokrację, o dobro nas wszystkich.

KOD to banda oszołomów - byłych SB-ków, którym było dobrze za poprzedniej władzy. Teraz jest im gorzej, więc wieszczą armagedon i niemalże koniec świata, bo im emerytury odebrali. I jeszcze młodym wmawiają, jak to im się cudowanie żyje w tym kraju i jak to się pławią w luksusach. Pobudka! Nasza rzeczywistość wygląda inaczej.

Mam nieodparte wrażenie, że ostatnia rzecz, o jaką walczy KOD, to... demokracja. Gdzieś tam się w tle przewija, gdzieś tam się plącze między hasłami, ale ogólnie to tylko takie hasło dekoracyjne. Chodzi o to, co zwykle: o pieniądze.

Artyści lamentują: nie oddamy wam kultury! A bierzta ją sobie, kto wam chce ją zabrać? No tak, Krystyna Janda nie dostała tym razem dotacji. Brak dotacji to dla niej brak demokracji. A z jakiej racji ma dostawać dofinansowanie od państwa? Państwo ma pilniejsze wydatki.

Sorry, pomyłka, wróć: Krystyna Janda złożyła wniosek o 1,5 mln złotych dotacji, a dostała 'jedynie' 150 tys. zł. Rzeczywiście, bieda u niej aż piszczy.

Z taką opozycją jak przedstawiciele KOD-u, to PiS będzie rządzić nawet i 100 najbliższych lat. KOD to nawet nie opozycja - to kwik świń oderwanych od koryta. Zabrali im koryta, więc ze złością rzucają Konstytucją, gdzie popadnie. Społeczeństwo patrzy na PiS, ucieka z krzykiem, trafia po drodze na KOD i przerażone wraca z powrotem w objęcia PiS-u.

Rzucą hasło: DEMOKRACJA! i wszyscy mają padać na kolana, bo to DEMOKRACJA przecież. A gdzie w tym KOD-owym zamieszaniu jest miejsce na demokrację, dla demokracji? Chyba jedynie w pustych sloganach.

KOD-ziarze demokrację rozumieją jako 'mnie dobrze, więc system jest ok - a innym niech tam będzie źle'. Brak demokracji to 'mnie niedobrze, więc to na pewno dyktatura - a inni nawet nie chcą pomóc w jej obalaniu, żeby mnie było znów dobrze'. Do tego się ta walka z PiS-em sprowadza. Czy KOD walczy dla mnie, dla ciebie, dla zwykłych ludzi? Nie, my dla nich jesteśmy motłochem, któremu się w dupie poprzewracało. Motłochem i tłuszczą chcącą nie wiadomo czego, bo przecież wcześniej, przez PiS-em, w Polsce było cudownie, a mleko i miód wprost spływały z nieba.

Kłapią wciąż o demokracji, wycierają sobie gęby Konstytucją, a wszyscy i tak wiedzą, o co im naprawdę chodzi. Jeśli nie wszyscy, to większość. Chyba tylko skrajny naiwniak mógł uwierzyć, że KOD rzeczywiście walczy o demokrację i że aż tak pilnie studiuje Konstytucję. Oni studiują i monitorują, ale stany swoich portfeli. Demokracja jest dla nich tylko środkiem do celu.

Nigdy nie popierałam KOD-u, gdyż od początku wydawało mi się, iż ta organizacja walczy jedynie o własne interesy - teraz wiem, że wyżej przytoczony cytat o Nowej Zelandii doskonale to obrazuje. Taka wisienka to torcie prawdy.

11 komentarzy:

  1. Prawda jest taka, że każdy chce pracować za godziwe pieniądze. Owszem, niech będą obowiązki, ale idące w parze z wynagrodzeniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. No niestety tak jest. Dadzą minimum i koniec. Ale na prawdę cieżko wiązać koniec z końcem mając te 1500. Jak jesteś zdrów - wszelka cześć, ale jak trzeba potem jeść leki i do lekarzy chodzić... paranoja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawi mnie, co to jest praca na "swoją miarę". Jestem z pokolenia, które wychowało się w latach 80. Niczego nie dostaliśmy od państwa, żadnych mieszkań, pracy. Na moje studia było chętnych 60 osób na jedno miejsce, a miejsc na roku było tylko 20. Skończyłam je, nie wykorzystuje tej wiedzy w pracy i pracuję w zupełnie innej branży. Wszystkiego uczyłam się sama. Nie dostałam mieszkania od rodziców, ani żadnych pieniędzy na start. Obecnie, mam mieszkanie, podróżuję po świecie i stać mnie na wakacje. 90% moich znajomych ze szkół/studiów, żyje na podobnym standardzie. Obecnie jestem na kierowniczym stanowisku i w firmie z branży IT mamy problem z zatrudnieniem ludzi. Nie dlatego, że nikt nie przychodzi na rozmowy, a dlatego, że właśnie wiedza i umiejętności nie pokrywają się z tym, czego kandydaci oczekują. Przykro mi to powiedzieć, ale to
    jest roszczeniowe podejście (w dużej większości - żeby nie generalizować). Im młodsza osoba, tym bardziej jest wymagająca od pracodawcy. Nie każemy nikomu pracować po godzinach i podejrzewam, że większość pracodawców tego nie wymaga. Natomiast wymagamy dokształcania się i włożenia w swoją pracę czegoś więcej niż tylko odbębnienia 8h w biurze. W moim pokoleniu - tego nikt nie musiał nikomu tłumaczyć. Nie potrafię czegoś - poczytam w domu, poproszę szefa o wysłanie mnie na kurs. To jest zaangażowanie. To jest ta praca ponad 8h, która procentuje zarobkami. Osoby, które teraz zaczynają swoją karierę (na podstawie osób, które zgłaszają się do nas) chcą zarabiać min. 5k na start bez żadnego doświadczenia. Douczenie się czegoś we własnym zakresie - nie, nie ma o tym mowy, bo chcą mieć swoje życie prywatne. Żeby coś osiągnąć - trzeba się poświęcać. Ot cała filozofia. Wg mnie trochę przerysowałaś cały wpis. :) Ale młodości wiele rzeczy się wybacza. :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak jest w branży IT, jednak poza IT istnieją również inne dziedziny pracy czy też inne zawody. Nie przerysowałam swojego wpisu i nie znam osobiście nikogo, kto żądałby 5 tysięcy na start. To raczej miejskie legendy nie mające żadnego pokrycia w rzeczywistości. W moim pokoleniu z lat 80-tych (ja się za starą nie uważam) też nikt nikomu nie musiał tego tłumaczyć.

      Usuń
    2. Nigdy nie żądałam mniej niż 4,5-5k na start. Mieszkam w Polsce. Cześć.

      Usuń
    3. P.s. Mieszkam w Warszawie, jakbyś się zastanawiała. Nie mam stanowiska kierowniczego.

      Usuń
    4. To widocznie możesz sobie na to pozwolić, żeby zarabiać 4 tys. Nie wiem, kim jesteś z zawodu i nie dociekam, ale wątpię, aby żądanie 4-5 tys. na start było normą w Polsce. Większość pracodawców - poza IT i innymi niszowymi branżami - raczej w głowę by się popukała, że ktoś tyle żąda. A że mieszkasz w Warszawie... to widać. Żegnam również.

      Usuń
  4. Jak to się mówi: "Pracuj mądrze, anie ciężko".

    OdpowiedzUsuń
  5. Eh, dużo w tym prawdy. Gdyby to ode mnie zależało, każdy zarabiał by godnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciężko zbawić cały świat i chociaż masz pewnie z 85% racji, to nie mogę się zgodzić jak ktoś pisze, że za komuny było lepiej. Nawet jeżeli to dotyczy stabilności zatrudnienia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie podejście pracy dniami i nocami jest straszne. Chyba ze na własna działalność z perspektywa jasnego kiedyś ;)

    OdpowiedzUsuń

Kopiowanie tekstów jest zabronione.

Wszelkie prawa zastrzeżone.