Leseferyzm w praktyce polskiej*

Żartobliwie powiada się, że Korwin nie wygrał w żadnych wyborach, gdyż jego elektorat uczęszcza do gimnazjum i w związku z tym nie ma jeszcze prawa wyborczego (ach ten cenzus wieku nieszczęsny!). I muszę przyznać, że coś w tym jednak jest. Ziarnko prawdy, a może nawet wielkie ziarno, ziarnisko przeogromne.

Człowiek, gdy jest jeszcze bardzo młody i chadza sobie spokojnie do szkółki, to wierzy naiwnie, że świat jest z gruntu sprawiedliwy i najważniejsze to zapewnić wszystkim wolność. Kto ciężko pracuje, ten dostanie to, czego pragnie, a kto nie… no to nie. Kto pracuje, ten zbiera owoce, a kto nie… no to nie. Jakież to proste, nieprawdaż? Jak 2+2, jak biel i czerń.

Później ten naiwny młody człowiek dorasta, próbuje żyć jakoś tam po swojemu, zaczyna szukać swojego miejsca na rynku pracy i… nagle wyrasta z liberalizmu. Szuka pracy i nie może nic godnego znaleźć, a jak już wreszcie coś znajdzie, to okazuje się, że jest to zlecenie za marne grosze i to jeszcze u wyzyskiwacza, który najchętniej człowieka z pracy by nie wypuszczał do północy i obdzielił go zadaniami za 5 osób minimum, byleby tylko zaoszczędzić. I nagle w mgnieniu oka młody człowiek nabiera ochoty, aby całą tę niewidzialną rękę rynku zdzielić linijką. Zaczyna rozumieć, że niewidzialna ręka rynku, leseferyzm i ta cała „liberalna” wolność to mit, bajka dla naiwnych dzieci.

Z fascynacji leseferyzmem po prostu się wyrasta, tak samo jak z Korwina. Dorosły człowiek, który swoje już w życiu przeszedł, nie będzie traktować poglądów Korwina na poważnie. Może co najwyżej patrzeć na niego z przymrużeniem oka jak na egzota z zoo.

Leseferyzm w praktyce polskiej

Całkowicie prywatna służba zdrowia? No przecież to jest niepoważne. To tylko ktoś, kto na nic poważnego nie chorował, może postulować taką głupotę. Żadnych praw pracowniczych, płacy minimalnej? No tak, najlepiej jakby człowiek harował dla bogaczy po 20 godzin na dobę bez przerwy i to za 500 zł miesięcznie, bez wolnych dni, bo tak by było najwygodniej dla pracodawców. Cofnijmy prawa pracownicze do początku XIX wieku, kiedy to robotnik był nikim, harował po kilkanaście godzin dziennie bez wolnych dni, głodował, a dzieci robotników umierały z zimna. Tak, cofnijmy się do tamtych czasów, a właściwie już nawet teraz ośmiogodzinny dzień pracy to tylko teoria i mówię to na własnym przykładzie tymczasowo, pójdźmy zatem o krok dalej i niech pracownicy robią po kilkanaście godzin jak w XIX wieku. Jak szaleć, to szaleć.

Oczywiście teoretycznie jak ci się nie podoba, możesz iść gdzie indziej, tyle że praca jest luksusem i dobrem deficytowym. Niekiedy ciężko znaleźć te „gdzie indziej”, ciężko o jakąś alternatywę.

Od zawsze zastanawia mnie fakt, że jak to jest: ktoś proponuje wzrost płacy minimalnej lub stawki za godzinę – tragedia, katastrofa, skandal, jak on śmie?!? Przecież wszyscy wiedzą, że to spowoduje katastrofę na miarę zatonięcia Titanica, że to gwóźdź do trumny dla gospodarki, że to niedopuszczalne, niefrasobliwe i w ogóle nie do przyjęcia. Ktoś proponuje górne granice wynagrodzeń menadżerów, szefów spółek lub przedsiębiorstw i… też wszyscy wieszczą katastrofę. Bo wolny rynek, bo bogaci się poobrażają i pójdą sobie gdzie indziej, i w ogóle klęska, panie, klęska żywiołowa. Gospodarka upadnie szybciej niż pijak z ławki w upalny dzień.

No więc ja zapytuję sobie skromnie: jak to właściwie jest? Człowiekowi zwykłemu podniesie się pensję o 100, 200 zł i już katastrofa na miarę armagedonu, a pan menadżer MUSI zarabiać po 100-200 tysięcy miesięcznie, bo w przeciwnym razie nie wyżyje i nie dociągnie do pierwszego? I jeszcze się obrazi i sobie pójdzie? Czy tak to wygląda? Czy tak wygląda ta słynna wolność?

Gdy politycy przyznają sobie premie, nagrody pieniężne i podnoszą w kółko pensje, to jakoś katastrofy gospodarczej ni widu ni słychu. Cicho sza, bo to przecież takie normalne jest i na porządku dziennym. Gdy prezes banku zarabia rocznie ponad 3 miliony złotych, to też jest takie normalne i w porządku, i na porządku. Co to jest tam jakieś 3 miliony z majątku narodowego dla jednej osoby? Oj tam, oj tam. Ale gdy ktoś postuluje podwyższenie płacy minimalnej – zgroza, skandal, hańba, jak on może?!? Każdy wie, że to zabije gospodarkę raz na zawsze i ona się już nigdy nie podniesie po takim ciosie, nigdy. Po pensji dla pierwszej damy, po emeryturach dla matek-dzieciorobów i obcokrajowców czy po 500+ na pewno się podniesie, ale po podwyższeniu płacy minimalnej – nie ma szans!

Przecież każdy wie, że te symboliczne 100 zł mogłoby iść np. na budowę nowej świątyni, premie dla posłów, mieszkania dla imigrantów, a tak to na zmarnowanie pójdzie.

Pracowniku, nie pozwól, aby przez ciebie gospodarka państwowa upadła! Najlepiej pracuj za tyle, ile potrzeba, aby przeżyć w kartonie pod mostem. W ten sposób wszyscy będą szczęśliwi, a ty nie będziesz zawracać sobie głowy jakimiś nieistotnymi sprawami typu jedzenie czy dach nad głową. Masz dach nad głową w pracy i niech to ci wystarczy do pełni szczęścia.

Wolne? A po co ci wolne? Przecież i tak nie masz za co zorganizować sobie wolnego. Najlepiej więc pracuj i pracuj bez przerwy, aby państwo mogło kiedyś z dumą ogłosić, że jego obywatele bohatersko przyczyniają się do rozwoju gospodarki kosztem własnego zdrowia i godności.

Chociaż… nie sądzę, żebyśmy doczekali tej uroczystej chwili.

*tekst z dn. 29/08/2016 r. z drobnymi zmianami

7 komentarzy:

  1. Uwielbiam takie posty. Nie myślimy o tym każdego dnia, a czytając mamy większą świadomość. Sama wiem jak to jest pracować za marne grosze i wykonywać obowiązki za 2 osoby...

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety ale to bardzo prawdziwe

    OdpowiedzUsuń
  3. Czasem się nad tym nie zastanawiamy, ale tak właśnie jest.

    OdpowiedzUsuń
  4. Taka rzeczywistość jest niestety:/

    OdpowiedzUsuń
  5. Dawno nie czytałam tak mądrego i przemyślanego tekstu - masz wiele racji, w tym co piszesz.

    OdpowiedzUsuń