niedziela, 9 września 2018

Skąd się biorą dorośli?*

Skąd się biorą dzieci - wszyscy wiemy. Ale skąd się biorą dorośli? - Oto jest pytanie!

Przychodzimy na ten świat i jesteśmy sobie takimi tam niepozornymi dziećmi. Wszystko nas ciekawi, interesuje, wszystko chcemy sprawdzić, zbadać, doświadczyć. Pytamy i ciągle pytamy. Świat jest taki wielki, wielarnie ogromny i wciąż czymś nas zaskakuje, do wszystkiego zaprasza. A pewnego dnia budzimy się nagle, a raczej budzi nas budzik, i musimy, wciąż coś musimy. Powinniśmy i wciąż coś powinniśmy.

Kiedy skończyło się dzieciństwo? Kiedy konkretnie nadchodzi ten kres pytań i wrodzonej ciekawości?

Może to jest ten moment, kiedy zauważasz, że świat nie jest dobry? Kiedy w podstawówce okazuje się, że jedni wyśmiewają drugich i tak już po prostu jest? Kiedy rodzic, nauczyciel, lekarz, kolega i koleżanka okazują się być niedoskonali, szkodzić nam nawet czasami? Kiedy okazuje się, że szkoła nie jest sprawiedliwa i świat nie jest sprawiedliwy?

A może to jest wtedy, kiedy "muszę" coraz częściej wypiera "chcę"? Nie chcę iść do szkoły... ale musisz iść do szkoły! Nie chcę iść do cioci... ale musisz iść do cioci! Nie chcę mieszkać z nimi... ale musisz mieszkać z nimi! I tak dalej, i tak dalej, i tak przez całe życie - do usranej śmierci. Najpierw rodzice, później nauczyciele, pracodawcy, no i w końcu nasz wewnętrzny głos. Muszę to, muszę tamto, powinienem to, powinienem tamto, a w ogóle to tamtego nie wypada - o, chyba jestem już dorosły!

A może oznaką stawania się dorosłym jest coraz częstsze wypowiadanie zdań: nie obchodzi mnie to, nie interesuje, to nie moja sprawa, nie moja brocha. Żebrak na ulicy? Nie moja sprawa. Bezdomny pies? Nie moja sprawa, ja się śpieszę, a poza tym może być agresywny. Jak on się czuje, jak ona się czuje, kim jest ten, kim jest tamten - nie obchodzi mnie to, nie moja sprawa, mam na to kompletnie wyjebane. Ja się śpieszę do pracy, do domu, na trening, do czegoś tam zawsze - bo zawsze się coś znajdzie. Choćby dłubanie w nosie nad smartfonem.

A co, jeśli dorosłość to ciągłe planowanie? Wstanę jutro o tej i o tej, zrobię kanapki z tym i z tamtym. Herbatka, kawka i ciągła rutyna. A po pracy, po szkole coś tam, coś tam dalej. Albo nic. Albo nic zamiast. No bo przecież ciągle trzeba coś robić. Kto stoi w miejscu, ten się cofa.

Ciekawe czemu w dzieciństwie stanie w miejscu nikomu nie przeszkadzało. Nikomu. A później, w dorosłym życiu, przeszkadza wszystkim. Bo jak trochę postoisz, to co? Wilki cię pożrą?


Skąd się biorą dorośli?


A co, jeśli dorosłość to właśnie zauważanie tych wilków? Albo banie się wilków? Dorosłość jako ostrożność. Młodzi ludzie czasem się buntują, bo nie wiedzą, że świat dorosłych otoczony jest murem w obawie przed wilkami. Jesteśmy owcami milczącymi zbyt głośno. Im człowiek starszy, tym więcej wilków wokół siebie dostrzega. Niektóre próbują nas pożreć - w końcu każdy chce jeść. I musi jeść. Byle nie mnie, niech zje ciebie.

Może jednak dorosłość to zupełnie inna beczka - dorosłość jako bezwzględność. Dziecko nikogo nie ocenia i przyjmuje każdego, jakim jest, zaś dorosły ma swoje wymagania i normy. Jak to, to ty nie masz tego, nie masz tamtego? To ty jesteś taki, a nie inny? Nie możesz być! Przecież powinieneś być taki i siaki, bo tak określają odgórne normy wyznaczone przez społeczeństwo, tradycję, kulturę i inne takie czynniki ponadjednostkowe. A ja to jestem lepszy, bo to i tamto, spełniam normy, doganiam kanony i w ogóle ja lepiej.

Może więc dorosłość jest wtedy, kiedy chęć zrozumienia jest zastępowana przez ciągłe porównywanie siebie do innych, dążenie do konkurencji, schematy, stereotypy, szablony? Ja mam, a ty nie masz. Ja jestem lepszy/a, ty nie jesteś. On ma tyle, a ona osiągnęła tyle. Bilanse, rachunki, rozrachunki - codzienność osoby dorosłej?

A może stajemy się dorośli, kiedy wszystko nas już nudzi? Kiedy dzieciństwo już się nam znudziło, spowszedniało? Kiedy świat przestał być taki ciekawy i ogromny, a stał się jedynie błądzeniem z punktu A do punktu B? Dorosły to ten, którego przestało cieszyć dzieciństwo.

Bądź też ten, który zrozumiał, że nie na wszystkie pytania warto znać odpowiedzi i że ciekawość to pierwszy stopień do... tego miejsca, którego dzieci jeszcze nie poznały.

Idąc tym tropem dzieciństwo kończy się wtedy, kiedy pewnego dnia sukcesywnie zaczyna przybywać nam obowiązków, a w zamian dziwnym trafem nagle ubywa zabawek wokół. Gdy raz zamieni się zadawanie głupich pytań na czytanie zegara i kalendarza, to już cię mają. I nie puszczą. Powiedzą ci, że jesteś coraz starszy, robią ci się zmarszczki, siwiejesz i wciąż się z niczym nie wyrabiasz.

Raz zamienisz kolorowanki na podręczniki i też już cię mają. Powiedzą, że MUSISZ umieć czytać, pisać, liczyć i recytować. Bo jak nie będziesz umiał, to mogiła. Oszukają cię to tu, to tam, pożrą i nie będziesz mieć pieniążków na kolejne podręczniki. No i na nowy zegarek, kalendarz też.

A więc ty tak czytasz, biedaku, i liczysz, i dłubiesz w tym cyferkach, w tych słowach. Skąd się wziąłeś? Ja też nie wiem.

*tekst z dn. 27/07/2016 r.

2 komentarze:

  1. Mimo 30stoletniego stażu życia jakoś nie czuję się dorosła. Wręcz przeciwnie drzemie we mnie duże dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbyt dorosłym też niedobrze jest być, myślenie nie-szablonami to w tych czasach swego rodzaju błogosławieństwo. :) Czasem trzeba trochę wyluzować - grunt, żeby jeszcze mieć gdzie.

      Usuń

Kopiowanie tekstów jest zabronione.

Wszelkie prawa zastrzeżone.