Szłam obok koparki i dałam się nabrać

Oddzwonimy do pani, zadzwonimy, jutro już pani Wiesia/Krysia/Rysia powiadomi o wyniku rekrutacji.... - głupawe formułki z rozmów kwalifikacyjnych, które wszyscy znamy na pamięć. Zadzwonimy, żeby powiadomić o wyniku, żeby zaprosić do następnego etapu. Proszę śledzić aktualności na stronie, proszę to i proszę tamto, na pewno się odezwiemy. I tak za każdym razem. 

Szłam obok koparki i dałam się nabrać

Większość już nigdy się nie odzywa. Zapomni o mnie, o tobie, o tych wszystkich szarych i nieraz zdesperowanych uczestnikach rekrutacji. Jesteśmy dla nich ciemną masą, z której starają się wydobyć jakieś kawałki plasteliny. Plasteliny, którą później dadzą radę po swojemu ulepić. Albo nie dadzą i szukają kolejnej, a ty wrócisz z powrotem do tej ciemnej masy. Niewidzialna ręka rynku spoliczkowała cię, a nowoczesny kapitalizm zmielił twoje wnętrze i wypluł, a w zamian pochłonął kogoś innego. Lepszego, bardziej fajnego, bardziej swojego. Takiego dostosowanego.

Czemu chce pani pracować w naszej firmie? A tak dla hecy, jakoś tak zawsze interesowało mnie zdobycie środków pieniężnych na przetrwanie. Ot, takie hobby.

Praca w młodym dynamicznym zespole - jestem jeszcze młoda czy na granicy? Jak rozpoznać u siebie tę niemłodość i niedynamiczność? Jakiego są objawy niemłodości i niedynamiczności? Wiek, zmarszczki, zbyt spokojne usposobienie - no nie wiem, wytłumaczyłby to ktoś raz na zawsze. Jak konkretnie odróżnić starego od młodego i dynamicznego od zbyt ślamazarnego? Czy są jakieś testy, wskaźniki badające dynamizm danej jednostki ludzkiej?

Zawsze mnie ciekawiło, jak to jest być po drugiej stronie, decydować o czyimś być albo nie być. Jak to jest budzić strach u kandydatów na takie czy inne stanowisko? Jak to jest być panem i władcą czyjejś zawodowej przyszłości? Jak to jest zbywać kogoś i spławiać, żeby tylko już sobie poszedł?

Nie wiem, ja bym chyba nie potrafiła tak kategorycznie decydować o czyimś być albo nie być. To jest takie decydowanie o ludzkim losie, igranie z ludzkimi emocjami, nadziejami, marzeniami i obawami. Nie potrafiłabym spławić kogoś i odprawić go z kwitkiem. Decydować o czyimś losie, mówić lub dawać dyplomatycznie do zrozumienia: ty się nadajesz, a ty wynocha. Pewnie później zastanawiałabym się, co się stało z tym czy z innym odrzuconym kandydatem. Jak sobie radzi, czy znalazł sobie coś innego? Czy dał sobie radę z tym, że dostał kopa w dupę?

A co, jeśli pomyliłabym się wobec któregoś kandydata? Tak naprawdę nadawałby się idealnie, a odrzucenie sprawiłoby, że straciłby wiarę w siebie, we własne siły? Nie wiem, czy umiałabym aż tak obciążać swoje sumienie i decydować z góry o czyimś losie.

Przyjmując albo odrzucając określonego kandydata de facto decyduje się o jego dalszym losie i o jego przyszłości. Może praca, z której został z góry skreślony, zmieniłaby całe jego życie na lepsze? Może dzięki niej rozwinąłby się, nabrał doświadczenia, uwolniłby się od czegoś, co go w życiu więzi? A tak został odrzucony i dupa: już nie pokaże, na co go stać.

Myślę sobie, że taki rekruter musi umieć traktować kandydatów jak pionki, jak żywy towar - nie zaś jak ludzi. Powiedziałabym nawet, że musi umieć traktować kandydatów trochę jak bydło - jak przewijający się tłum, z którego musi wybrać najbardziej dojną krowę. Taką, która da się chętnie wydoić i da najwięcej mleka. Dla rekrutera kandydaci nie są ludźmi takimi jak on sam. Są motłochem.

W oczach rekrutera ci mniej potrzebni kandydaci są jak karaluchy. Jak robactwo, którego szybko należy się pozbyć. Poda się takiemu robakowi wyświechtaną formułkę o oddzwonieniu czy odezwaniu się i już ma się go z głowy.

Gdy rekruter uzna, że się nie nadajesz, natychmiast w jego głowie pojawia się myśl: jak się go/jej szybko pozbyć? I wymyśla banały o tym, jak to jeszcze długo będzie trwać rekrutacja, ale szanse są spore. No i oczywiście oddzwonią, napiszą, skontaktują się, przekażą. Wymyśla na poczekaniu jakieś dyrdymały, byleby tylko ten robak sobie poszedł. Poszedł nie zauważając nawet, że właśnie został rozdeptany. Ból zacznie czuć później - już poza firmą, więc spoko.

I jak tak o tym myślę, to aż nie wiem, co napisać na koniec. To tylko praca? To aż praca. To tylko życie? To aż życie. Moje, twoje, każdego. Karalucha także.

2 komentarze:

  1. Zastanawiam się, po co na rozmowach rekruterzy pieprzą, że zadzwonią niezależnie od tego, czy zostanie się zatrudnionym, czy nie. A w moim przypadku tylko dwa razy faktycznie zadzwonili.

    OdpowiedzUsuń
  2. We w miarę klasycznym kapitalizmie, indywidualiści z pomysłem, mogliby się realizować w swoich firmach. Zamiast robić za podporządkowanego szczura (choć to chyba złe porównanie, szczury są inteligentne) pionka systemowego po prostu, realizowałoby się różne pomysły, aż któryś by "zaskoczył". Ale jest systemowy pożeracz wszystkiego - zus. Nie ma od dawna kapitalizmu - jest korpokomuna.

    OdpowiedzUsuń