Kiedy mówisz "depresja", ludzie najczęściej kojarzą to ze smutkiem. Gdy myślą o osobie z depresją, to mają przed oczami obraz osoby smutnej i przygnębionej. Później dostaję informację zwrotną: "ty nie możesz mieć depresji, przesadzasz, przecież ty się ciągle cieszysz i śmiejesz, nawet dziś rano!". Dziś rano tak, ale po południu już będę leżeć pod kołdrą bez sił na cokolwiek. Poza tym... śmiech to nie radość, żarty to nie radość, poczucie humoru to też nie jest radość. To mechanizm przetrwania, wyciągnięcie z wnętrza siebie resztek względnej normalności.
Depresja to NIE JEST smutek, a śmiech to NIE JEST oznaka radości. Ja to wiem i każda osoba z depresją to wie, ale wytłumacz to komuś, kto nigdy depresji nie miał. Dla niego depresja jest wyłącznie wtedy, kiedy snujesz się po mieście płacząc wniebogłosy i słuchając dołującej muzyki. A i to nie wiadomo, bo może wtedy to "chandra".
Depresja to nie smutek ani żadna inna emocja. To brak emocji. Depresja to obojętność. Z dnia na dzień jest ci coraz bardziej wszystko jedno i coraz bardziej nie masz na nic siły. Ciuchy do prania zalegają od tygodnia, a talerze niedługo rozpadną się z brudu - powinno cię to ruszyć, ale jakoś nie rusza. Ludzie mówią "zapisz się tu, zapisz się tam, zainteresuj się tym i tamtym, zrób to, tamto i owamto, pomóż ciotce, bratu i ich kotu, weź rusz dupę, a w ogóle to jeszcze byś mogła to, to i tamto" - może bym i mogła, ale... nie ma siły. Resztkę sił, jaką posiadam, przeznaczam na pracę, żeby przetrwać. W pracy 100% wydajności i 100% bycia istotą społeczną, żeby przetrwać - a później mogę być już emocjonalnym wrakiem.
Dawanie z siebie 100% w pracy to NIE JEST brak depresji, to jest mechanizm przetrwania. Po prostu daję z siebie wszystko, żeby być normalna, a później leżę jak wrak bez siły. Wstaję z trudem i zasypiam z trudem. Boję się dnia, w którym nie będę miała siły zgramolić się rano z łóżka, iść do pracy i pracować - bo to będzie oznaczało pogorszenie i to znaczne. Praca trzyma mnie na powierzchni.
I później szok, że ja kłamię, że ja udaję, że ja przecież nie mogę mieć depresji - toć ja mam w sobie tyle energii, tyle rzeczy naraz potrafię robić. Owszem, potrafię - a później, po pracy, leżę w pokoju i już nic ani nikt ani w ogóle. Po prostu nicość.
Specjalnie w tym wpisie umieściłam zdjęcia radosnych uśmiechniętych dziewczyn - ponieważ tak też może wyglądać depresja. Może tak wyglądać w godzinach np. 8:00 - 10:00. Później od 10:00 do 12:00 może być płacz, a po 12:00 aż do wieczora może być bezmyślne gapienie się w ścianę lub granie w jakieś głupoty na telefonie, żeby czymś zająć umysł i nie myśleć więcej niż trzeba. I to też nie będzie smutek - to coś na kształt niebytu, nieistnienia.
Zawsze jest ten strach, że to się może pogłębić. A co, jeśli nie będę miała siły już nawet pracować? Jeśli nie wykrzesam z siebie już nawet chęci przetrwania? Jeśli dopadnie mnie znów tak nagle poczucie "a po co w ogóle przetrwywać? Po co żyć? Po co się starać i starać tak z dnia na dzień?". Działam na autopilocie, a ile ten autopilot mi posłuży?
Depresja mówi w twoim imieniu "Nie mam siły, nie dam rady, nie jestem w stanie", a także "Nie obchodzi mnie to, nic mi do tego, jest mi wszystko jedno". Nie sprawia, że się smucisz - sprawia, że dawny smutek już cię nie obchodzi i w ogóle nic już cię nie obchodzi. Czemu zrezygnowałam z tego? No tak... A z tamtego? No tak...
Ludzie nie rozumieją, że depresja rozwija się po cichu i nie jest widoczna. To jest takie emocjonalne znikanie dzień po dniu. Kiedyś coś cię interesowało, dzisiaj już cię nie interesuje. Kiedyś lubiłaś to i tamto, ale dzisiaj już nie potrafisz.
W końcu człowiek obciążony depresją spotyka trudne pytanie "Co będzie dalej? Co będzie jutro, pojutrze, za rok - czy będę mieć jeszcze siłę żyć? Czy będę mieć siłę, żeby się starać?". Od czasu do czasu pojawia się też jedna silna emocja: wstyd. Wstyd mi, że tak żyję, że nie mam siły, że mam taki bałagan, wstyd mi za te ciuchy wysypujące się zewsząd i za krem zgubiony chyba gdzieś przy łóżku albo i nie. Gdzie on w ogóle jest?
A co, jeśli ktoś się dowie? Co, jeśli wyda się przypadkowo, że nie daję sobie rady, żyję w chlewie i nie mam na nic siły? Boję się, iż dojdę do takiego momentu, że nawet wstydu już czuć nie będę i wtedy naprawdę już mi będzie wszystko jedno.
Czy dokopię się kiedyś u siebie do jakiegoś minimum zaangażowania w cokolwiek? Czy cokolwiek sprawi, że będę odczuwać przynajmniej zadowolenie i satysfakcję? Czy satysfakcja to emocja? Tego też już nie pamiętam.
Depresja to obojętność, może to też mechanizm obronny przed rzeczywistością. Przytłaczającą, zbyt trudną. Funkcjonujesz w trybie przetrwania i funkcjonujesz w nim już tak długo, że staje się on częścią ciebie. Już nie umiesz wyluzować, bo zbyt wiele w życiu się wydarzyło.
Coś się wydarzyło i już się nie odwydarzy. Depresja zmienia cię w emocjonalną bryłę lodu.
Skąd wiesz, czy ta wesoła dziewczyna, czy ta pełna werwy kobieta, którą mijasz na ulicy, nie miała z samego rana myśli s? Skąd wiesz, czy nie działa codziennie na autopilocie, a ta werwa to ostatnie pokłady wyczerpujących ją emocji, które potrafi z siebie wykrzesać? Powiesz jej "Idź pobiegać, to ci przejdzie"? Może biegała dzień w dzień i nie przeszło. Gdyby bieganie leczyło choroby, lekarze przestaliby być potrzebni. Powiesz jej "Dawniej nie mieli żadnych depresji"? Nie żyjemy dawniej, tylko dzisiaj. Poza tym depresji nie mieli, ale jakoś zawsze gdzieś zdarzał się sąsiad, który pewnego dnia wziął sznur i poszedł na strych czy do piwnicy. Lub ten jeden wujek w rodzinie, który praktycznie nie trzeźwiał... i to bez powodu.
To, że czegoś się głośno nie nazwie, to nie znaczy, że tego nie ma.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie czytam, nawet jeżeli nie odpowiadam.