Czasami bywa tak, że dręczy mnie coś emocjonalnie aż do łez i myślę sobie: powiem jej. No i mówię. W odpowiedzi słyszę: ja miałam jeszcze gorzej i przeżyłam, zajmij się czymś i tyle. Zająć się czymś i tyle... No to się zajmuję, ale wciąż TO COŚ przeżywam, bo to silniejsze ode mnie i nie umiem tego zwalczyć. Trudno, powiem komu innemu, może mnie wysłucha. No i mówię. W odpowiedzi słyszę: ty musisz zacząć w końcu myśleć pozytywnie, to trzeba tak pozytywnie podchodzić, trzeba się na dobrych rzeczach skupiać. Niby trzeba, ale co ja mam poradzić na to, że myśli same do mnie przychodzą? Ja ich nie wołam, one po prostu przychodzą i ze mną egzystują. Emocje same mnie rozdzierają od środka, ja ich wcale nie zapraszałam. Najgorszy jest jednak tekst, taki najbardziej lekceważący: długo jeszcze będziesz to przeżywać?!? Nie wiem, może długo, może nie - ciężko powiedzieć na chwilę obecną. Jeśli będę, to będę musiała z tym żyć... i jak widać radzić sobie z tymi emocjami sama, gdyż każda moja próba wyżalenia się jest bombardowana stosem porad z dupy, nikomu nieprzydatnych.
Czemu tak musi być? Już od czasów dzieciństwa: bądź grzeczna, zachowuj się, nikt nie będzie się specjalnie dla ciebie zatrzymywał, nikt się nie będzie z tobą cackał. Nie płacz, bo brzydko wyglądasz, jak płaczesz! Czego płaczesz? Komediantka! Uważaj, bo będzie wstyd, będzie przykrość, będzie nie tak. Trzeba być twardym, a nie miętkim! Szkoda, że nikt nie powiedział, ile konkretnie czasu trzeba być twardym, bo mnie ta twardość i wieczne dawanie sobie ze wszystkim rady już powoli męczy i nudzi. Działam trochę jak automat, na autopilocie. Rano wstać, kibel, śniadanie, leki, ubranie. Autobus i praca, praca, dzieje się, dzieje. Tu coś chcą i tam coś chcą. No i gdzie indziej też coś chcą. Tu nie zdążyli, tam nie dosłali, a w ogóle to jeszcze trzeba się zająć tematem od kogoś ważnego. Jakaś wariatka świruje pawiana, bo chce się wykazać przed przełożonymi, a kto inny przychodzi, choć wcale nie musi. I tak to się kręci wszystko dzień po dniu. Niekiedy wracam i jedyne, na co mam ochotę, to walnąć się na łóżko pod kołderkę. Tam mam spokój.
I mówię, żalę się, że nie mam na nic siły po robocie, czuję się tak wypruta - a co w odpowiedzi? Haha, przecież ludzie mają rodziny i po pracy jeszcze dzieci ogarniają, a ty siły nie masz? No tak, to prawda: mają rodziny - ja nie zaprzeczam. Jednak czy ja mam brać odpowiedzialność za ich dzieci i rodziny? Czy to ja ich zmuszałam do zakładania rodzin? I dociera do mnie ten przekaz: jesteś gorsza, bo inni dają sobie świetnie radę, a ty nie. Mniej subtelnie już się nie dało.
Za czasów bezrobocia też dostawałam regularnie porcje dobrych rad na depresję: oko sobie zrób, to ci przejdzie. Pewnego dnia zrobiłam i nie przeszło. Albo: naucz się chodzić na szpilkach, to cię ktoś zatrudni. To brzmi dziś tak absurdalnie, bo już na szczęście mało kto obecnie chodzi na szpilkach, ale kilkanaście lat temu na serio takie porady dostawałam.
Ojej, jesteś bezrobotna? A nie myślałaś, żeby się do urzędu pracy zapisać? No co za odkrycie, dzięki za poradę, bo sama na pewno na to nie wpadłam zostając bez pracy! Wpisz w google "praca", to ci oferty wyskoczą! Kolejne odkrycie, bo na pewno szukając pracy nie wpadłam na pomysł, żeby jej poszukać przez wyszukiwarkę google.
Zawsze tylko stos porad z dupy, z którymi człowiek nie ma pojęcia, co zrobić. Serio makijażem można wyleczyć depresję? Serio uważasz, że będąc na bezrobociu nie wpadłam na to, by zapisać się do urzędu pracy? Serio próbujesz we mnie wzbudzić poczucie winy pod tytułem "inni mają gorzej i sobie radzą"? Dobry jest jeszcze tekst, że ja po prostu nie umiem doceniać tego, co mam i jak mam dobrze, bo inni mają gorzej i nie narzekają. Czy ja jestem odpowiedzialna za to, że oni mają gorzej pod jakimś względem? Czy mam mieć poczucie winy z tego powodu, że oni mają gorzej? Czy na tej zasadzie wszyscy w Europie nie mamy żadnych problemów, bo w Afryce panuje głód, a u nas nie?
Później dowiaduję się, że się izoluję od ludzi, że coś tak się nie odzywam. Nie odzywam się, skoro dana osoba mnie nie słucha i w ciągu ułamka sekundy zaczynam być nagle bombardowana stosem ocen mojej osoby i porad. Dlaczego, czy ja o nie prosiłam? Jeśli próbuję coś ważnego dla mnie powiedzieć, ledwo zdążę rozpocząć zdanie i już słyszę natychmiastową ripostę, że co ja tak przeżywam, że to trzeba na pozytywnych rzeczach się skupiać, że inni mają gorzej, a jakoś dają radę, robią jeszcze wiele rzeczy i doceniają każdy dzień, no to sorry, ale... zwyczajnie odechciewa mi się rozmów i spotkań. Nie wynika to z jakiejś złośliwości, obrażalstwa, fochów czy ogólnie takich takich, tylko po prostu nie mam na to siły, chęci, zasobów energetycznych ani przestrzeni emocjonalnej. Te ciągłe oceny i głupie rady są po prostu dla mnie za trudne i przytłaczające.
Długo jeszcze będziesz to przeżywać? No ile można o tym gadać?
Człowiek po takiej "pouczającej" rozmowie, jaki to nie jest dziwny i jak to za mało się stara w życiu, zwyczajnie nie ma ochoty narażać się na powtórkę. Po co, w imię czego? Ty powinnaś to, ty powinnaś bardziej tamto, mogłabyś robić jeszcze milion rzeczy i w ogóle co z tobą nie tak - no może coś nie tak, ale co ja mam zrobić z tą wiedzą? Tamten to miał gorzej, a jakoś sobie radził - no gratulacje, ale co to ma wspólnego ze mną? Ze mną czy ogólnie z czymkolwiek innym.
Dawno dawno temu przez krótki czas miałam takich znajomych, którzy ciągle gadali o dzieciach. Znajomość szybko się zakończyła, ponieważ zaczęłam ich unikać. Gdyby tylko gadali, to bym wytrzymała, ale na gadaniu się nie kończyło. Były też pytania, kiedy wreszcie ja zdecyduję się na dzieci. Ciągle tylko dzieci i dzieci, no i kiedy ja zamierzam je mieć. Trzyma to dziecko i do mnie: no a ty kiedy będziesz mieć dzieci? W końcu oni już MAJĄ. Powiem szczerze: nie wytrzymałam. Czemu ja mam się komukolwiek tłumaczyć z posiadania czy nieposiadania potomstwa? Zaczęłam ich unikać i nagle zaczęłam mieć dużo zajęć. Może to i nie po społecznemu, ale trudno - jak pomyślałam, że znowu mamy się spotkać i ględzić o dzieciach, to aż mi było tak "O nie!". Czy moja niechęć była przesadzona? Może i była, ale jak dalej miałam gadać o dzieciach i tłumaczyć się z ich braku, to słabo. I już złość czułam na samą myśl o tym. Masz dzieci - ciesz się, innych nie zmuszaj.
Zwyczajnie po ludzku przykro się robi, gdy chcesz się komuś wygadać, wyżalić, dostać jakieś wsparcie emocjonalne lub spędzić czas na luzie, żeby było miło i przyjemnie, a w zamian dostajesz gradobicie różnego rodzaju pouczeń, porad i ocen twojej osoby. Po przyjściu do domu czujesz się jak gówno i śmieć nic nie warty, bo inni dają radę, a ty nie. Siedzisz i płaczesz zamiast czuć ulgę i wsparcie. W końcu powinnaś robić więcej, powinnaś bardziej, powinnaś mocniej. Powinnaś się starać, powinnaś być inna, musisz być inna - jak inni. I po prostu w takich sytuacjach... jakoś tak odechciewa się ludzi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie czytam, nawet jeżeli nie odpowiadam.