Listopad minął mi bardzo leniwie. Tak leniwie, że aż wstyd. Do pracy, z pracy do domu i jedno wielkie opierdalando. Głupie gry, głupie seriale i spać. Wstyd mi za siebie. Ludzie po pracy ogarniają dzieci, skaczą na spadochronie, trenują wyczynowo, udzielają się towarzysko lub charytatywnie, mają drugą pracę, szkołę czy cokolwiek. A u mnie kołderka i wtulenie w maskotkę lub podusię - wstyd mi za siebie.

Kołdra chciała mnie utulić
Dziwnie się pracowało pod kamerami. Czegokolwiek się nie zrobiło, to zawsze była ta świadomość, że ktoś patrzy. Pod okiem kilku niezawodnych kamer pracowałam, piłam kawę i oddychałam. Przez te długie godziny pracy byłam obiektem obserwacji kierownictwa. Mogli mi patrzeć w oczy i zaglądać w myśli. Czy wiedzieli, o czym myślę?

Rozmowy kontrolowane
Czasami jest tak, że się tęskni, choć właściwie nie wiadomo, do czego czy do kogo. Bywa też tak, że nie ma za czym tęsknić, a jednak coś w środku podpowiada, że coś się kiedyś miało: jakąś szansę, nadzieję na coś tam. Kiedy byłam mała, pewnego ranka obudziłam się i poszłam w piżamie do ogrodu. Świeciło słońce, a ogród był pełen zieleni. Niby nic takiego, ale coś tam w środku boli, że dzieciństwo bezpowrotnie minęło, ponad 30 lat życia bezpowrotnie minęło, tamtego ogrodu już nie ma, a i skład rodziny uszczuplił się - jakoś tak nagle w ciągu tych lat.

Gorący lód to nie oksymoron
Ostatnimi czasy dochodzę do wniosku, że mój największy problem w kontaktach z ludźmi to fakt, że nikogo nie obchodzę. Wokół mnie przetacza się tłum ludzi, który nawet mnie nie dostrzega. Jestem dla tego tłumu tylko przeszkodą w dotarciu do celu, pracownicą, klientką, pacjentką, osobą w kolejce, jakąś tam dziewczyną czekającą na autobus albo i nieczekającą - bez różnicy. 

Wielki świat to tylko punkt na mapie
Jestem istotą tak niedoskonałą, że przeraża mnie to niebywale. Ciągle robię jakieś głupoty, głupie takie głupoty. Skończyłam niepraktyczne studia, szkołę średnią nieodpowiadającą moim zainteresowaniom, całe życie zmagam się z brakiem asertywności, a przez większość życia nawet nie odczuwałam potrzeby asertywności. Wczoraj jadłam ciasto, mimo że nie powinnam. Popijam kawą leki na nadciśnienie. Doprowadziłam się sama do chorób, na które cierpię i teraz będę się zmagać z nimi przez całe życie. Poszłam kiedyś do pracy do januszexu, mimo że moja intuicja podpowiadała mi, że coś jest nie tak - wytrzymałam tylko i aż 3 miesiące. Ostatnio zmarnowałam pomidora i musiałam go wyrzucić. Nie mam dzieci i żałuję, ale mieć już chyba nie będę, bo mam swoje lata. Kilka razy popłakałam się w pracy, bo ktoś był głupszy niż ustawa przewiduje. Boję się wszystkiego: ludzi, bezrobocia, katastrofy, przyszłości albo braku przyszłości - perspektyw na przyszłość. Przejmuję się za bardzo tym, co jest wokół i tym, czego wokół nie ma. Kiedy byłam młoda, myślałam, że mam jeszcze czas na wszystko. Ale czas jakoś tak szybko mija - bez litości, sentymentów. Nie daje szansy na naprawę błędów.

Wspólna kuchnia nadal jest kuchnią
Dawnymi czasy wskutek samotności i wewnętrznej pustki bywałam często na czatach internetowych. Przekopywałam się przez te masy zboczeńców, ćwierćinteligentów i nudziarzy - po to, aby odnaleźć wreszcie kogoś, z kim będzie można normalnie rozmawiać. Na takim czacie znalezienie kogoś normalnego jest jak znalezienie igły w stogu siana. Teraz również poczułam nagły przypływ samotności i chętnie weszłabym na jakiś czat... Jednak istnieje jedna drobna rzecz, która mnie przed tym powstrzymuje: po prostu nie dam rady po raz enty przechodzić przez te nudy, przez te nudne rozmowy i do bólu szablonowe pytania.

Wyginęli, a przecież to nie były mamuty
Czy gdybym była lepsza, moje życie też byłoby lepsze? Czy gdybym była lepsza, miałabym lepszą pracę, znajomych, przyjaciół? Siwe włosy mogę ufarbować, ale daty urodzenia w dowodzie nie zmienię. Mogę iść do kosmetyczki lub wcierać w skórę kremy przeciw zmarszczkom, ale nastolatką ani dwudziestolatką przez to się nie stanę. Mogę poprawić sprawność fizyczną, ale baletnica ani gimnastyczka już raczej ze mnie nie będzie. Mogę popracować nad językami obcymi, ale do poliglotki i tak będzie mi daleko. Do wszystkiego, co lepsze, jest mi daleko. Jestem ja i jest ten wspaniały alternatywny świat, do którego ktoś taki jak ja nie ma dostępu.

Stare panny noszą śmieszne podkoszulki
Ostatnio uświadomiłam sobie, jak wiele siły potrzeba, aby... żyć i nie załamać się. Tak po prostu żyć z dnia na dzień - nie doświadczając przy tym obłędu.

Frajer do wynającia

Niekiedy pojawia się taki nawał emocji, że aż trzeba coś napisać na blogu. No po prostu trzeba i już. I tak prawie nikt mnie nie czyta, ale też ostatnimi czasy nie promuję bloga zbyt mocno. Tak po prawdzie to prawie wcale. Czyta mnie ktoś w ogóle jeszcze? Kiedyś ktoś czytał, ktoś słuchał, komuś może zależało choć trochę. Teraz? Muszę zmienić pracę, miejsca zamieszkania, wszystko należałoby zmienić.

Wampirze, czy ci nie żal?
Zwolnią mnie? Może. Albo zwolnię się sama. To bez znaczenia, bo skończy się tak samo: bezrobociem. Dzisiaj prawie cały pokój dostał podwyżki: prawie, czyli cały poza mną. Innych trzeba zachęcać do pracy, mnie nie trzeba - i tak będę harować, bo jestem nadgorliwa. Poczułam się publicznie upokorzona, bo teraz zarabiam najmniej ze wszystkich. Gdybym jeszcze się nie starała, zrozumiałabym. Gdybym olewała robotę, robiła sobie przerwy, nie przychodziła do roboty itp. - jednak nic z tych rzeczy nie ma miejsca. W żadnej pracy nie starałam się tak bardzo jak tutaj. Najwyraźniej staram się za bardzo. Ludzie, którzy pracują 2 lata krócej, zarabiają teraz więcej niż ja. Fajnie, prawda? W końcu nowych pracowników trzeba zachęcać i motywować, mnie nie trzeba. We mnie można orać jak w worek treningowy, choć to dziwaczne porównanie. Ale i sytuacja dziwaczna.