Czasami, gdy wspominam samą siebie z czasów pierwszej pracy, to jakoś tak dostrzegam, że teraz jestem zupełnie innym człowiekiem i też zupełnie innym pracownikiem niż wtedy. Niby banał, ale jakże prawdziwy... Przede wszystkim cechowała mnie ogromna naiwność oraz nadmierna wiara w ludzi, w przyszłość, w sprawiedliwość i w ogóle. Teraz już po prostu wiem, że ani równości ani sprawiedliwości w pracy nie ma i nie będzie. Za dużo przeżyłam, za dużo się wydarzyło, zbyt wiele razy - szukając pracy i już pracując - dostałam po dupie. W poprzedniej pracy, z której wyrzucili mnie z hukiem, miałam na początku multum szkoleń i prezentacji, jak bardzo firma stawia nacisk na równość w pracy i na najlepsze możliwe wykorzystywanie potencjału pracowników, jak bardzo każdy pracownik i jego potrzeby są dla firmy ważne, jak bardzo wszyscy jesteśmy potrzebni, aby wspólnie budować nasze wspaniałe przedsiębiorstwo. Chyba z milion szkoleń przekonujących, że każdy w firmie ma prawo do równości, do sprawiedliwego traktowania, do szacunku wobec jego osoby, do wykorzystywania jego talentów i potencjału, do rozwoju w strukturach firmy. No i co? Okazało się, że to tylko piękne słówka, takie gówno zapakowane w papierek od cukierka. Jak chłop, który przekonuje żonę, że ją kocha i kupuje kwiaty, a następnego dnia bije do krwi.