Czasami, gdy wspominam samą siebie z czasów pierwszej pracy, to jakoś tak dostrzegam, że teraz jestem zupełnie innym człowiekiem i też zupełnie innym pracownikiem niż wtedy. Niby banał, ale jakże prawdziwy... Przede wszystkim cechowała mnie ogromna naiwność oraz nadmierna wiara w ludzi, w przyszłość, w sprawiedliwość i w ogóle. Teraz już po prostu wiem, że ani równości ani sprawiedliwości w pracy nie ma i nie będzie. Za dużo przeżyłam, za dużo się wydarzyło, zbyt wiele razy - szukając pracy i już pracując - dostałam po dupie. W poprzedniej pracy, z której wyrzucili mnie z hukiem, miałam na początku multum szkoleń i prezentacji, jak bardzo firma stawia nacisk na równość w pracy i na najlepsze możliwe wykorzystywanie potencjału pracowników, jak bardzo każdy pracownik i jego potrzeby są dla firmy ważne, jak bardzo wszyscy jesteśmy potrzebni, aby wspólnie budować nasze wspaniałe przedsiębiorstwo. Chyba z milion szkoleń przekonujących, że każdy w firmie ma prawo do równości, do sprawiedliwego traktowania, do szacunku wobec jego osoby, do wykorzystywania jego talentów i potencjału, do rozwoju w strukturach firmy. No i co? Okazało się, że to tylko piękne słówka, takie gówno zapakowane w papierek od cukierka. Jak chłop, który przekonuje żonę, że ją kocha i kupuje kwiaty, a następnego dnia bije do krwi.
Ktoś powie: "Ale przecież za nic nie zwalnia się ludzi!" Za nic nie. Wystarczy, że ktoś wyżej cię nie polubi, a wie, że na twoje miejsce jest 100 chętnych. Jak już pan przełożony (czy też pani przełożona) cię nie polubi albo nawet już sam znajdzie kogoś znajomego na twoje miejsce, to wtedy jesteś bez szans: znajdujesz się na celowniku i tego nie zmienisz. Choćbyś padał na kolana, to jesteś już na straconej pozycji. Ja w swojej pracy dawałam z siebie wszystko, ogarnęłam nawet sprawy sprzed lat, których każdy bał się dotknąć. Był taki porządek i tak wszystko zrobione na tip-top, że aż sama byłam z siebie dumna. Szef dawał jakieś zadanie? Natychmiast zrobione wedle życzenia. I co mi dało takie poświęcanie się? Nic.
Nawet jeśli w pracy wypluwasz z siebie flaki i dajesz z siebie wszystko, to koniec końców może się okazać, że to za mało. Przecież zawsze ktoś może to zrobić tak samo albo lepiej, a w dodatku na szpilkach, z uśmiechem od ucha do ucha lub innymi przymiotami, których tobie - w mniemaniu szefa - brakuje. Na twoje miejsce są setki chętnych i szef o tym wie.
Jak już się znajdziesz na celowniku, to każdy pretekst jest dobry i każdy powód wystarczający, aby się ciebie pozbyć. Spóźnisz się 3 minuty? Skarga, jak tak można! Trzeba jej zmienić czas pracy na gorszy, żeby wiedziała, gdzie jej miejsce! Ktoś spyta: Jak to, przecież nie można zmienić komuś czasu pracy na gorszy? Oczywiście, że można - i co z tym zrobisz? Nic nie zrobisz, bo jesteś tam nikim. Ale gdy przychodzisz przed czasem i wychodzisz sporo po czasie, to jakoś dziwnie nikt tego nie dostrzega - tylko jak się spóźnisz, to zauważa i nie omieszka donieść wyższej instancji. Co z tego, że inni potrafią przyjść nawet i 20 minut po czasie? To ty jesteś na celowniku, a nie inni. Inni są dla firmy zbyt cenni, a ty to tylko ty. Robisz na najniższym stanowisku i ciesz się, że w ogóle cię spotkał ten zaszczyt pracy tutaj.
I to już są takie subtelne sygnały, że jesteś na celowniku i zbierają na ciebie haki: nagła zmiana godzin pracy, gdy cały dział ma dalej te same, natarczywe pytania, np. kiedy planujesz urlop podczas gdy wcześniej jakoś nikogo to specjalnie nie interesowało (najlepiej zwalniać prosto przed urlopem, bo nie trzeba ekwiwalentu wypłacać ani wczasów pod gruszą, jeżeli takowe akurat są w firmie), pilnowanie, czy za długo nie jesz obiadu podczas, gdy inni potrafią nawet i godzinę w kuchni plotkować, pisanie maila do wyższej instancji o każdej twojej możliwej pomyłce - jak ktoś się chce ciebie pozbyć, to nawet specjalnie nie powie ci dokładnie, co masz zrobić, żeby później mieć kolejny argument do zwolnienia. A jeśli powie, a mimo to coś zrobisz nie tak, to tym bardziej klawiatura pójdzie w ruch. Do tego wszystkiego można dodać przypisywanie sobie lub innym pracownikom twoich zasług. Znalazłaś dokument, którego nikt nie mógł znaleźć, a później słyszysz przełożonego, który wszem i wobec chwali się, że wreszcie ZNALAZŁ ten dokument. Tak, ty go znalazłeś. Ty sam, nikt inny.
Szóstym sygnałem wg mnie jest to, że przełożony przestaje cię traktować jak człowieka (jeżeli w ogóle kiedykolwiek to robił) - nie pyta, co tam, jak tam idzie praca, co tam słychać. I nic już ci nie tłumaczy nowego, no bo po co, skoro wie, że jesteś już na wylocie? Prawdopodobnie wszyscy już to wiedzą oprócz ciebie.
I powtarzasz sobie każdego dnia, że to nic takiego, że wytrzymasz, że dobry dojazd, że przecież BYWAŁO GORZEJ. Owszem, bywało. Tylko co z tego?
To, co opisałam, to niby są drobiazgi, ale gdy wszystkie te drobiazgi zbierze się razem do kupy, to niestety wychodzi tylko jedna odpowiedź: szykują cię do zwolnienia i nic już cię nie uratuje.
Ja byłam na tyle głupia i naiwna, że dałam się nabrać na bardzo starą tradycyjną korpo-sztuczkę: zwolnienie znienacka przed urlopem. Dopiero później dowiedziałam się, że to jest bardzo stara tradycyjna korpo-sztuczka, ale już było po wszystkim i za późno. Aż do tamtej pory wydawało mi się, że gdy tak się zwalnia kogoś z dnia na dzień, to musiały być jakieś naprawdę bardzo grube akcje: jakieś machloje, defraudacje, niszczenie dokumentów, oglądanie porno w pracy, jakieś działania na szkodę firmy - no po prostu ostro musiało się dziać. Okazało się, że niekoniecznie. Korpo wie, jak wziąć ludzi z zaskoczenia, aby byli tak zszokowani zwolnieniem, że już nie będą w stanie szybko podjąć jakichś działań. Dzisiaj to ja bym wszystko zupełnie inaczej rozegrała, aby później mieć podstawy do skargi do sądu pracy, ale wtedy... no cóż, byłam w szoku kompletnym i nie wiedziałam, co się właściwie dzieje.
Nikt mi nie podziękował za pracę, nie pożegnał się ze mną, miałam tylko zabrać szybko swoje rzeczy i wynocha. I to wszystkie rzeczy, żeby niczego nie zapomnieć, bo powrotu nie będzie - to była porada na koniec. Tyle pozostało z tej równości, szacunku, sprawiedliwości i wykorzystywania talentów oraz potencjału pracowników. Równość i sprawiedliwość w pracy? - Bardzo śmieszne.
Dzisiaj strasznie żałuję, że dałam się zrobić w bambuko, bo miałam wszelkie podstawy, aby iść do sądu pracy i wywalczyć odszkodowanie za niesłuszne zwolnienie, a ja tak po prostu dałam się podejść i zaszantażować. Widać było, że nie zwalniają tak pierwszy raz i wiedzą, jak kogo podejść, a ja się dałam nabrać jak pierwsza lepsza naiwniaczka.
Kiedy wspominam samą siebie z pierwszej pracy, to aż mi dawnej siebie jest szkoda. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak w pracy ludzie potrafią być podli, jak potrafią pozbywać się kogoś z dnia na dzień, zwalniać i szafować czyimś życiem bez mrugnięcia okiem, jak potrafią pisać donosy jednocześnie gawędząc z tobą i pytając, co tam u ciebie. Przeżyłam i bezrobocie i monotonną pracę bez żadnego rozwoju ani przyszłości i mnóstwo innych odjechanych akcji. Nie wiem, ile przeżyłam rozmów kwalifikacyjnych, kilkadziesiąt czy może powyżej setki, w pewnym momencie już przestaje się to liczyć. Na jednej pani się pytała, czy przypadkiem nie mam dzieci lub rodziców wymagających opieki, bo wtedy byłabym mniej oddana pracy. Miewałam sytuacje, że dopiero na rozmowie dowiadywałam się, że właściwie na to stanowisko wymagany jest biegły angielski i niemiecki lub prawo jazdy, a w ogłoszeniu słowa o tym nie było. Tysiące rozniesionych i wysłanych CV bez odpowiedzi? W dzisiejszym świecie to już chyba tak normalna norma, że normalniej być nie może.
Kiedyś trafiłam do januszexu z memów, do takiego totalnego kołchozu, że to aż ciężko uwierzyć, jak takie coś funkcjonowało. Nawet musiałam tam sprzątać, bo oszczędzali na sprzątaczce. Nadgodziny darmowe, a nawet darmowe dni bez żadnego wynagrodzenia? Oczywiście, proszę bardzo! Wiadomo, że każdy szanujący się kołchoz musi mieć w pakiecie niepłatne nadgodziny dla pracownika. Ogrzewanie - a komu to potrzebne? Przecież to kosztuje, a trzeba oszczędzać! 15 stopni w zupełności ci wystarczy, włóż ciepłą bluzę i tyle.
Z kołchozu sama w końcu zrezygnowałam, bo po prostu nie dawałam już rady fizycznie ani psychicznie, ale praca tam była dla mnie takim szokiem i tak mocno podkopała moją wiarę w siebie, że aż... no nie wiem. Coś miałam tutaj mądrego napisać, ale zapomniałam. W każdym razie długo to przeżywałam bardzo bardzo mocno.
Niekiedy tak sobie myślę, czy gdybym była zupełnie zdrowa, czy gdybym nie miała zaburzeń lękowych lub czy gdybym wybrała w młodości inne szkoły, to byłabym w pracy bardziej szanowana? Miałabym super robotę i super zarobki? Czy gdybym była normalna, to nie musiałabym tak całe życie walczyć o tę robotę jak o mokre zboże?
Młodość wspominam głównie jako wieczną walkę o pracę, a dzień, w którym zwolnili mnie z pracy tak po prostu, bo "były skargi" wspominam jako jeden z najgorszych w moim życiu. Nikt nigdy aż tak mnie nie potraktował jak śmiecia i mam nadzieję, że już nigdy w życiu czegoś podobnego nie przeżyję. Teraz, w innej pracy ludzie mnie śmieszą i jednocześnie wzbudzają gniew, bo zajmują się totalnymi pierdołami nie doceniając, jakie mają szczęście w postaci pracy i to takiej, w której nikt ich nie poniża. Mogli trafić dużo gorzej, a nawet o tym nie wiedzą i narzekają na jakieś totalne bzdury.
Gdybym spotkała dawną siebie sprzed 20-paru lat to nie wiem, czy bym chciała powiedzieć jej/sobie, co ją/mnie czeka w życiu zawodowym. Może czasem lepiej żyć złudzeniami? Może czasem lepiej nie wiedzieć? Lepsza jest naiwność czy lepsza wiedza?
Ostatnio martwi mnie to, że będę mieć marną emeryturę i czy w ogóle jej dożyję. Czy kiedyś będę mieć mieszkanie? A może na emeryturze też będę wynajmować skrawek czyjegoś mieszkania? Póki co staram się żyć złudzeniami, że kryzys mieszkaniowy kiedyś minie. Inaczej nie miałabym siły ani motywacji, by wstawać codziennie rano.
Wzorowa naiwniaczka do samego końca.


Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie czytam, nawet jeżeli nie odpowiadam.