Czasami, gdy pomyślę, jakie miałam dawniej poglądy na niektóre tematy, to aż mi przed samą sobą jest głupio i wstyd. Możliwe, że człowiek już tak niekiedy ma, że dopóki sam nie zostanie postawiony w niektórych sytuacjach, to po prostu nie jest w stanie ich zrozumieć. Później wraz z mijającym czasem dojrzewa, sam to przeżywa i... już wie, jak to jest i że to wcale nie tak fajnie, jak się wydawało.
Kiedy byłam bezrobotna, pewna osoba skarżyła mi się, że ma strasznie monotonną pracę i nie daje już rady. Ja jako szukająca pracy byłam wręcz oburzona, że komuś udało się dostać pracę w biurze i jeszcze narzeka nie wiadomo na co. Przychodzisz, siadasz do kompa i robisz swoje - na co tu narzekać? Zamiast się cieszyć, że jej się udało robotę dostać w biurze, to jeszcze marudzi, narzeka i gdera na jakieś pierdoły. O co jej chodzi? Księżniczka jakaś czy co? Ma wymagania z dupy i tyle - tak to wtedy wyglądało z mojej perspektywy. Powinna się cieszyć, że w ogóle ma pracę biurową w tych czasach, bo są tacy, którzy takiego szczęścia nie mają. A zamiast tego jęczy i kaprysi. Męczą ją tam, krzyczą na nią, każą jej robić po 12 godzin za darmo? No nie każą, to o co jej chodzi? Damulka by chciała nie wiadomo czego. No cóż... Minęło ileś tam lat i sama doświadczyłam, jak to jest, gdy robisz w pracy jedną jedyną rzecz dzień w dzień latami i nic poza tym. Pierdolca można dostać.
I też są tacy, którzy powiedzą: no o co jej chodzi? Pracę ma - ma! Męczą ją tam, dręczą? No nie! Ja bym takim osobom powiedziała: poróbcie to samo latami, co ja, to na pewno zrozumiecie. Wpisujcie w kółko latami cyferki w te same rubryki i nic poza tym, to zrozumiecie. Gdybym miała do tego dodatkową robotę, a to by było jedno z wielu zajęć, to ja bym nie narzekała. W normalnej robocie tu coś wprowadzisz, tam coś zapakujesz, tam coś sprawdzisz, tu czegoś poszukasz - i tak to się kręci, ale to nie była normalna robota. Przychodzisz rano i już wiesz, że masz jedno jedyne zadanie do wykonania: wpisywanie cyferek w te same rubryki przez cały dzień. Dokładnie tak samo, jak rok temu i jak 2 lata temu. Dokładnie tak samo, jak zawsze od kilku lat. Zabiorą od ciebie listy z cyferki, bo tego nawet segregować nie trzeba było, dadzą ci nowe - i to samo. Możesz się skarżyć, możesz prosić o przeniesienie, możesz błagać o jakieś nowe obowiązki - to na nic. Możesz łazić w kółko do przełożonych, pisać błagalne maile i to wszystko na nic. Do tego konkretnego zadania zostałam zatrudniona i nikt nic mi na to nie poradzi. Usłyszysz nawet od przełożonego, że to przecież normalna robota i o co ci w ogóle chodzi? Tu jeszcze tyle tych cyferek do wprowadzania, a ja narzekam. Tak dobrze mam z nimi, a narzekam nie wiadomo na co. W zasadzie w tej robocie to nawet wstawać od biurka nie trzeba było, bo i po co? Nic tam nie skanowałam, od nikogo nic nie chciałam, nic innego tam nie robiłam, tylko tak cały dzień: cyferki w jedną rubryki, w drugą, w trzecią i od nowa, cyferki w jedną, w drugą, w trzecią i od nowa. Wstawać nie trzeba było, rozmawiać z nikim nie trzeba było, uzgadniać nic, po prostu siedziało się i wpisywało cyferki w ciągle te same rubryki. Przychodzili, zabierali, przynosili kolejne.
Doszłam do takiego momentu w tej pracy, że płakałam rano, że muszę znów tam iść i płakałam nawet w drodze do pracy. Już nawet było mi wszystko jedno, co sobie ludzie wokół pomyślą. Zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem, które ciągną się ze mną do dzisiaj. Nawet zdrowie zawaliłam przez tę pracę. W końcu doszłam do takiego momentu, że powiedziałam sobie, iż już wolę wrócić na bezrobocie niż tam robić. Dosłownie już wolałam bezrobocie w końcu wybrać niż dalsze męczarnie w tej pracy, która polegała tylko na wpisywaniu tego samego w te same rubryki i na niczym więcej. Gdyby dodali mi coś do tego, jakieś archiwum, jakieś segregowanie tych dokumentów, skanowanie, liczenie czegoś, pomaganie komuś, jakieś tabelki czy cokolwiek, to już by ta robota inaczej wyglądała. Ale nie! Dlaczego? Jak stwierdził jeden z przełożonych: "tutaj każdy ma swoje zadania, a pani ma akurat takie". Co ciekawe, tam bardzo mocno pilnowali, aby się nikt nie obijał, zakaz korzystania z internetu, a nawet korzystanie z komórki w godzinach pracy oficjalnie było zakazane! Z jednej strony nie było co robić poza klepaniem cyferek, a z drugiej strony nie można było nic robić własnego poza tym, bo kontrola jak w obozie niemieckim. Człowiek cały czas na widoku, każdy mógł obserwować, prawdziwy synopticon. Kontrola by mi nie przeszkadzała, bo jestem przyzwyczajona pracować np. pod kamerami, ale tam naprawdę nie było co robić, więc na co ta kontrola i w jakim celu?
Powiem szczerze, że ja przez tę pracę nie tylko zaczęłam cierpieć na zdrowiu, płakać dzień w dzień, nie tylko całkowicie odizolowałam się od reszty ludzi w dziale, ale też moja samoocena bardzo mocno poszybowała w dół, a wraz z nią pogorszyła mi się depresja. To było o tyle złe, że gdy masz niską samoocenę i głębszą depresję, to o wiele ciężej jest szukać nowej pracy. Kiedy zaczynasz myśleć, że po prostu do niczego innego już się nie nadajesz i będziesz tylko klepać to samo do emerytury, to żyć się odechciewa. Przez ponad rok wysłałam tysiące CV i przeszłam ileś rozmów kwalifikacyjnych i chyba Bóg nade mną czuwał, bo jakimś cudem wreszcie udało mi się stamtąd wyrwać. W ostatniej chwili, bo już naprawdę byłam zrozpaczona i docierałam do roboty resztkami sił. Teraz pracuję też za grosze, ale już nie aż takie i normalna robota. Nie płaczę w drodze do pracy. Czy uda mi się tu zatrzymać na dłużej? Nie wiem, bo wciąż nie mam normalnej umowy, ale liczę na to, że tak. W każdym razie tam już z pewnością nie wrócę, nawet jeżeli tutaj mi podziękują i nie przedłużą ze mną umowy.
Dlatego teraz całkowicie rozumiem, co to znaczy brak rozwoju i jakichkolwiek perspektyw w pracy, monotonia i nuda na pudy. To gorsze jest niż bezrobocie, serio. Kiedy widzisz, że inni przechodzą do nowych działów, mają normalną robotę, rozwijają się, a ty tylko cyferki w jedną rubryki, w drugą, w trzecią i od nowa, cyferki w jedną, w drugą, w trzecią i od nowa. I to pytanie powtarzające się w głowie: czy ja naprawdę do niczego więcej już się nie nadaję? Choćby do wprowadzania innych danych, do archiwizacji, do liczenia, do czegokolwiek odrobinę innego? Serio po czymś takim można mieć traumę, już nie mówiąc o tym, że to od któregoś momentu żadne doświadczenie zawodowe. A czemu gorsze niż bezrobocie? Ponieważ na bezrobociu przynajmniej się wyśpisz i możesz się po swojemu rozwijać, nie musisz wpisywać przez cały dzień cyferek w ciągle te same rubryki. Taka opinia może wydawać się szokująca, ale taka jest prawda. Praca, która zamiast dodawać skrzydeł dosłownie wykańcza latami, i to za grosze, za dosłownie 10 czy 20 zł więcej niż minimalna, gorsza jest od bezrobocia. I wtedy nawet ciężej szukać nowej pracy niż na bezrobociu, bo i czasu nie ma i okres wypowiedzenia długi.
Ogólnie w wielu zakładach pracy jest taki dziwny trend, że nowy pracownik jest na piedestale, ma lepsze zarobki i więcej możliwości rozwoju, a taki, co już pracuje ileś tam lat, nie ma podwyżek, dostaje mniej niż nowi i przełożeni tak się nie rwą, żeby zaczął robić coś nowego. Robi coś, to niech już to robi. Z czego ten trend wynika? Nie wiem. Faktem jest, że z jednego zakładu pracy odeszłam po iluś latach właśnie dlatego, że zarabiałam o wiele mniej niż nowi, moja pensja zrobiła się prawie minimalna i zaczęło mnie to po prostu wkurwiać. Nowi na start dostawali nawet i 400,500,600 zł więcej na rękę niż ja, bo byli nowi, a ja wciąż tyle samo, bo "to nie takie proste". W tej nierozwojowej robocie też nowi dostawali najciekawszą pracę, bo byli nowi i trzeba było ich zachęcać do pozostania. Ja już byłam zasiedziała, to mnie nie trzeba było zachęcać. Tylko czy to nawet z punktu widzenia pracodawcy jest dobre rozwiązanie? Starsi stażem pracownicy też mogą w końcu nie wytrzymać i rzucić wypowiedzeniem. Ślubu z pracodawcą w końcu nie brali, to tylko zwykła umowa, którą każdy może wypowiedzieć. I czasami owo wypowiedzenie jest wręcz błogosławieństwem.
Inna kwestia, w której diametralnie zmieniłam zdanie po nabyciu nowych doświadczeń, to samotność w wielkim mieście. Gdy mieszkałam w pipidówie i byłam na bezrobociu, wydawało mi się, że to już jest szczyt samotności. To już jest taka prawdziwa samotność, której nic nie jest w stanie przebić. Ludzi nie ma, pracy nie ma, samotność i pustka naokoło. Nikogo nie obchodzisz, bo nikogo, ani bliżej ani dalej, nie ma. Jesteś tylko ty ze swoją samotnością - i nikt poza tym. Możesz zrobić cokolwiek, możesz czuć się jakkolwiek, możesz wszystko albo nic, a to i tak bez znaczenia, bo po prostu nikogo nie obchodzisz.
Kiedy czytałam gdzieś na forach w internecie, że ktoś mieszka w dużym mieście, ma pracę, współlokatorów, szkołę i w ogóle, i on uważa się za samotnego, to dostawałam białej gorączki, że ten człowiek człowiek pojęcia nie ma, o czym pisze. Samotność to jest coś takiego fizycznego, można tego dotknąć, to jest wtedy, gdy obok ciebie nie ma nikogo. Nie masz znajomych, pracy, szkoły, no po prostu niczego. Jesteś sam i sam żyjesz na co dzień, bo nikogo wokół nie ma. I to jest samotność! A nie, że pełno ludzi wokół ciebie, a ty się za samotnego uważasz.
Później znalazłam pracę i zamieszkałam w dużym mieście. Byłam w nieziemskiej euforii, że w końcu mi się udało. Serio byłam w euforii, nareszcie coś się zmieniło na plus i osiągnęłam cel. No i tak sobie żyłam z dnia na dzień, aż wreszcie zaczęłam zauważać takie dziwne rzeczy, np. że współlokatorki mają siebie nawzajem w dupie i mnie też, właścicielka dowaliła mi czynszem, natomiast z pracy chcą mnie wywalić, bo ponoć sobie nie radzę - a przecież było na początku mówione, że "jesteśmy zespołem i pomagamy sobie wzajemnie". No to jesteśmy zespołem czy nie jesteśmy? Jak ktoś jest częścią zespołu, to chyba po prostu tłumaczy mu się drugi raz, jak coś źle robi, a nie wywala na bruk. Kierowniczka mi wytłumaczyła, że niestety, ale muszą mnie zwolnić - stwierdziła, że z jednej strony głupio tak postępować z człowiekiem, ale z drugiej strony jej dział musi się rozwijać i potrzebni są ludzie, którzy szybko chwytają, a nie tacy, jak ja. Za kilka miesięcy pracy podziękowała mi słowami, że właściwie to ja sobie tutaj nie radziłam i dobrze się stało, że odchodzę. No tak, pełno ludzi wokół mnie, samotności już nie ma, prawda? Wszyscy wiedzieli o tym, że odchodzę, tylko nie ja.
Później jeszcze raz miałam taką sytuację, że podziękowali mi za pracę. I wszyscy wiedzieli, że odchodzę, poza mną. Z biegiem czasu ja też się w końcu dowiedziałam, po całej reszcie ludzi. Teraz już wiem, że gdy odchodzisz, to wie to prawie każdy, ale nikt ci nawet o tym nie szepnie, słowa nie piśnie. Czasem nawet przypadkowo dowiadujesz się, że odchodzisz właśnie z powodu "pomocy" życzliwych koleżanek, tak jak to było w tym konkretnym przypadku. Ponoć nie chciały ze mną pracować i dlatego musiałam iść w odstawkę, na bezrobocie. Może w obecnej pracy też już wszyscy wiedzą, że odchodzę, poza mną - tego nie mogę wykluczyć. Staram się być dobrej myśli, ale nie można niczego z góry założyć.
Patrzysz, jakieś rozmowy kwalifikacyjne, jakieś szepty w dziale i myślisz sobie: ojej, chyba ktoś odchodzi. Owszem, ktoś odchodzi: to TY! Tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Teraz już wiem i przekonałam się na własnej skórze, że można mieć tłumy ludzi wokół, a dalej być samotnym. Można być otoczonym ludźmi i dalej nikogo nie obchodzić. Bez mrugnięcia okiem wykopią cię za drzwi, gdy nie będziesz się sprawdzać w stu procentach tak, jak oni by chcieli. Na twoje miejsce są tłumy chętnych, żadna strata. Zawsze znajdzie się ktoś, kto szybciej łapie, lepiej się dogaduje z ludźmi, jest zdrowszy, młodszy, bardziej dynamiczny, zna języki itd. W tych czasach to coraz częściej w ogłoszeniach wymagają rosyjskiego lub ukraińskiego, żeby się dogadać ze współpracownikami. Masakra, jakich czasów dożyliśmy. Komu potrzebni są Ukraińcy? Januszom biznesu, którzy chcą mieć rezerwową armię bezrobotnych i tym samym móc obniżać płace, jak tylko się da. Dlatego nie pojmuję, czemu Lewica w Polsce tak bardzo jest za tym, aby przyjmować imigrantów. Chyba są świadomi tego, że ci imigranci potrzebni są tylko właścicielom januszexów, aby móc płacić o wiele mniej pracownikowi i jeszcze mieć dziesiątki innych potencjalnych pracowników na jego miejsce. Po nic innego.
Imigranci psują rynek pracy i to bardzo, a nasza Lewica temu przyklaskuje. Jaki ma w tym cel? Nie wiem, ale ja w każdym razie na kolejne wybory chyba nie pójdę, bo naprawdę nie ma na kogo głosować.
Przez jakiś czas myślałam, że już nie jestem sama, ale to były tylko pozory. Ja myślałam o nim poważnie, a on o mnie jak o jednej z wielu swoich "koleżanek". Teraz muszę skarcić samą siebie sprzed lat i przyznać: owszem, można być samotnym w wielkim mieście, można być samotnym nawet mając pracę, szkołę, współlokatorów i pełno ludzi wokół. Różnica polega jedynie na tym, że mając pracę czy szkołę czymś zapełniasz sobie czas. Czas mija, mijają dni wypełnione drobnymi zajęciami i nagle te dni zamieniają się w lata, a ty jedziesz zatłoczonym tramwajem w jakimś dziwnym kierunku, do ludzi, którzy wcale na ciebie nie czekają. I mówisz sobie w myślach: ale przynajmniej coś tam się dzieje, to już nie jest bezrobocie na zadupiu. Choć miło by było, gdyby cel dojazdu tego tramwaju był jednak ciekawszy.
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie czytam, nawet jeżeli nie odpowiadam.